KADR EMOCJI: „Niech świat o mnie usłyszy” – rozmowa z Gosią, która przetrwała wszystko

Gosiu, zwykle zaczynam te rozmowy pytaniem o początek drogi zawodowej, ale w Twoim przypadku chciałabym cofnąć się jeszcze dalej. Bo Twoja historia zaczyna się nie od sukcesu, lecz od… trudnych doświadczeń w dzieciństwie.

Tak, dokładnie. Moje dzieciństwo nie należało do łatwych. Już w podstawówce byłam traktowana z pogardą przez rówieśników. Każdego dnia spotykała mnie fala hejtu, złośliwości, śmiechu. Dla dziecka to ogromny ciężar. Ale już wtedy obiecałam sobie jedno, że kiedyś udowodnię wszystkim, iż mimo tego, co o mnie mówili, potrafię coś osiągnąć. Że się nie poddam.


I udało Ci się dotrzymać tej obietnicy. Ale zanim przyszedł sukces, był też czas pięknej, młodzieńczej miłości.

To prawda. Kiedy zaczęłam nowy etap życia, nowa szkoła, nowe środowisko, wszystko się zmieniło. Zaczęłam oddychać pełną piersią, cieszyć się każdym dniem. I wtedy właśnie pojawił się Kamil. To była prawdziwa, szalona miłość. Taka filmowa. Spędzaliśmy każdą wolną chwilę razem, planowaliśmy przyszłość, wspieraliśmy się wzajemnie w pierwszych zawodowych krokach.


Wasza historia była jak gotowy scenariusz na film romantyczny, zaręczyny w Chorwacji, wspólne marzenia o salonie, życie dopiero się zaczynało…

Tak, to były nasze najpiękniejsze chwile. Oświadczył mi się podczas wakacji w Chorwacji, podróżowaliśmy po Europie samochodem pełnym rzeczy i marzeń. Wierzyliśmy, że świat stoi przed nami otworem. Ja kończyłam studia kosmetyczne i szkołę wizażu, Kamil chciał otworzyć własny salon barberski. W sylwestra podarowałam mu pierwszą profesjonalną maszynkę do strzyżenia, to miał być symbol nowego początku.


I wtedy los brutalnie przerwał tę sielankę.


Pół roku po ślubie, który był najpiękniejszym dniem w naszym życiu, Kamil usłyszał diagnozę: nowotwór złośliwy. Świat mi się zawalił. Zaczęła się walka, szukanie lekarzy, szpitali, terapii. Trafiliśmy do specjalistów w Szczecinie, 800 kilometrów od domu. Tam Kamil przeszedł chemioterapię, radioterapię i operacje. Lekarze powiedzieli nam, że nie będziemy mogli mieć dzieci. Zamroziliśmy komórki, ale… okazało się, że byłam już w ciąży. To był cud.


W tym samym czasie musiałaś wziąć na siebie cały ciężar utrzymania rodziny.


Tak. Kamil nie mógł pracować, nie dostawał żadnego zasiłku. Wiedziałam, że muszę coś zrobić. Byłam w ciąży, ale nie miałam wyboru. Założyłam własny salon urody. Pracowałam do ostatniego dnia przed porodem, a tydzień po porodzie wróciłam do pracy. Miałam świadomość, że od tego zależy nasz byt.


Z tego okresu pochodzi też bardzo poruszająca historia, moment, w którym Twój mąż zdecydował się na amputację nogi.


To było kilka dni przed porodem. Lekarze powiedzieli Kamilowi, że po operacji wdało się zakażenie i nogę trzeba amputować, i to natychmiast, bo inaczej może umrzeć.
Byłam wtedy w ósmym miesiącu ciąży. Kamil zadzwonił do mnie i przekazał wiadomość. Powiedziałam tylko: „Przyjedź. Chcę urodzić z Tobą. Co będzie potem – zobaczymy”. Udało się. Wypisał się na chwilę ze szpitala, zabezpieczony lekami.
Był przy mnie, gdy rodził się nasz synek. Kiedy wziął go na ręce, powiedział: „Jestem zdecydowany. Tak, chcę amputacji. Chcę dla niego żyć”.


Nie sposób słuchać tego bez emocji. To musiała być ogromna siła, z jednej strony jego decyzja, z drugiej Twoja determinacja.


Kamil był moim oparciem, moim herosem. To dla niego i dzięki niemu robiłam wszystko, co mogłam, ale życie nie było bajką. Z czasem sytuacja finansowa była coraz trudniejsza. Nie miałam już wyboru, musiałam poprosić o pomoc. Zorganizowałam zbiórkę na protezę dla Kamila. To było bardzo trudne, bo zawsze byłam samodzielna, dumna. Ale nie chodziło o mnie, chodziło o życie mojego męża.


Mimo walki los nie pozwolił Wam wygrać tej bitwy.


Tak. Nowotwór postępował. Kamil zmarł dzień po czwartych urodzinach naszego synka. To był najtrudniejszy moment mojego życia. Zostałam sama, z dzieckiem, kredytami, firmą i wspomnieniami, ale wiedziałam, że nie mogę się poddać. Że muszę dokończyć to, co on zaczął.


I dokończyłaś, prowadząc dziś nie tylko salon kosmetyczny, ale i salon barberski, o którym marzył Kamil.


Tak. To był jego pomysł, jego pasja. Długo prowadziłam oba miejsca. To moja codzienność, ale też hołd dla niego. Nie było łatwo, przyszła pandemia, inflacja, wojna… Branża beauty dostała mocno w kość. Z wielkim bólem musiałam zrezygnować z działalności barberskiej. Dziś wiem, że każda trudność czegoś uczy.


Jesteś przykładem kobiety, która przeszła przez piekło, a mimo to nadal ma w sobie światło. Co Cię napędza dziś?


Marzę, żeby moja praca została doceniona. Nie chcę współczucia. Chcę, żeby ludzie zobaczyli we mnie kobietę, która mimo wszystko nie poddała się. Jak każda z nas mam chwile słabości, ale wtedy patrzę na mojego synka i wiem, że warto. Kiedyś powiedziałam sobie: „Niech świat o mnie usłyszy”, i trzymam się tego każdego dnia.


I usłyszy, Gosiu. Bo Twoja historia to dowód na to, że prawdziwa siła nie rodzi się w komforcie, lecz w bólu. Dziękuję Ci za rozmowę i za to, że pokazałaś, że nawet po największej burzy można znów zobaczyć słońce.

 

@beauty_room_by_gosia

@gosiamularska.pmu

Instagram: @komisiorka

FB: @Gosia Mularska 

 

 

Rozmawia: Ewa Małgorzata Wiertelak

Zdjęcia: Ewa Małgorzata Wiertelak

Show Buttons
Hide Buttons