Kiedy dzieci podważają dziedzictwo: LOJALNOŚĆ WOBEC PRZYSZŁOŚCI I ODWAGA TWORZENIA NOWEJ WARTOŚCI

Pracuję z firmami rodzinnymi właśnie tam, gdzie zaczyna się zmiana – nad innowacją, nowym myśleniem strategicznym, nad decyzjami, które przesądzają o przyszłości biznesu i rodziny. To zawsze oznacza spotkanie z historią, która jest dumą założycieli, i z teraźniejszością, w której młode pokolenie chce wprowadzać nowe rozwiązania. Dla mnie bycie doradcą to często balansowanie między tym, co trzeba ochronić, a tym, co należy odważyć się zmienić.

W firmach rodzinnych lojalność kojarzy się dość jednoznacznie; przywodzi na myśl trwanie przy tym, co znane, przy strukturach zbudowanych przez założycieli, ich sposobach działania, rytuałach firmowych powtarzanych przez lata niemal bez zmian. Lojalny następca to przecież taki, który w naturalny sposób przejmuje ster i kontynuuje podróż po obranym wcześniej kursie. Tylko że świat przestał być przewidywalny. Rynki zmieniają się szybciej, niż kolejne pokolenia następców zdążą wejść do zarządów. Technologie weryfikują branże z dnia na dzień. Klienci zachowują się inaczej niż dekadę temu, a modele biznesowe starzeją się w tempie, którego wielu założycieli firm rodzinnych w Polsce często nie jest w stanie sobie wyobrazić.

W takim świecie lojalność wobec jednej formy działania czy jednego sprawdzonego modelu biznesowego przestaje mieć sens strategiczny. Co więcej – może stać się prawdziwym zagrożeniem dla biznesu. Paradoks polega na tym, że ta sama postawa, która przez lata chroniła firmę przed błędami i dawała stabilność, dziś potrafi zamienić się w balast, blokadę przed innowacją. Lojalność rozumiana wyłącznie jako kopiowanie dawnych rozwiązań prowadzi do stagnacji. A stagnacja w dynamicznej gospodarce bywa początkiem końca. Dlatego w mojej pracy stawiam założenie: prawdziwa lojalność wobec firmy nie polega na tym, żeby zatrzymać ją w czasie, ale na tym, by nadać jej sens w nowych realiach. To jest największe wyzwanie sukcesyjne – i największa szansa.

Lojalność czy ograniczenie. Gdy następcy mówią: chcemy inaczej

Okazuje się, że młode pokolenie przyszłych liderów (czyli po prostu dzieci z firm rodzinnych i rodzin biznesowych, które wchodzą w struktury zarządcze) inaczej interpretują swoje zobowiązania wobec rodzinnego biznesu. Nie chcą go porzucać, ale też nie chcą być jego więźniami. To nie jest rewolucja z hukiem, raczej powolne przesuwanie akcentów. Przestają myśleć „muszę zachować to, co dostałem”, a zaczynają raczej patrzeć na swoją obecność w biznesie z myślami „muszę nadać temu znaczenie w nowym kontekście”. Znam ten moment. Widziałam go wielokrotnie w rodzinach właścicielskich. Zaczyna się niewinnie – od drobiazgu, od półżartobliwego pytania rzuconego przy niedzielnym obiedzie. Albo od jednego zdania, które wisi w powietrzu i ma w sobie odwagę, ale i strach: „Nie wiem, czy chcę robić to dokładnie tak jak wy”. Cisza po tych słowach zapada w pokoju właściwie zawsze. Niby nic wielkiego, a jednak każdy przy stole wie, że właśnie otworzył się temat większy niż przysłowiowa puszka Pandory.

Dla założycieli to często cios w samo serce. Bo jak to? Przecież w tę firmę wlali całe życie – czas, energię, pieniądze, serce. Mieli poczucie pełnej kontroli i wpływu, budowali coś trwałego, co miało być przyszłością rodziny. A tu nagle okazuje się, że ta przyszłość nie musi wyglądać tak, jak oni to sobie wymarzyli. Reakcje bywają różne. Jedni bagatelizują: „to przejdzie, młody się wyszaleje”. Inni zamykają się w strachu: „rozproszy majątek, rozwali mi markę”. Jeszcze inni – nieliczni – podchodzą z ciekawością: „to powiedz, jak ty to widzisz”.

Dla sukcesorów to z kolei moment przełomowy. Bo to nie jest tylko o firmie – to jest o ich życiu. O tym, czy chcą żyć tak samo jak rodzice, czy inaczej. Oni dorastali w zupełnie innym świecie: szybkim, cyfrowym, globalnym. Mają inne kompetencje, kontakty, ambicje. I kiedy mówią o lojalności wobec rodzinnego biznesu, to nie chodzi im o ślepe powtarzanie dawnych schematów. Lojalność rozumieją jako wierność wartościom – ale niekoniecznie formie, w której wyrośli ich rodzice. Ta różnica wydaje się subtelna. Drobiazg. Ale w praktyce to trzęsienie ziemi. Bo oznacza, że rodzinny biznes nie musi być muzeum tradycji. Może być żywym organizmem, który zmienia kształt, otwiera nowe rozdziały i pozwala kolejnym pokoleniom pisać własną historię.

Zmiana logiki — od utrzymania tego, co stabilne, do kreowania tego, co nowe

Od ponad 10 lat aktywnie towarzyszę rodzinom biznesowym w Polsce – zarówno tym dużym, wielopokoleniowym, jak i mniejszym, działającym lokalnie – i coraz wyraźniej widzę, że zmienia się logika działania całego systemu rodzinno-biznesowego. Przez lata większość rodzin biznesowych funkcjonowała w dość prostej logice – opartej na idei utrzymania i rozwijania jednego głównego biznesu. Było jasne, kto decyduje, jak wygląda strategia, jakie mamy cele rozwojowe, dokąd zmierzamy, jak będzie przebiegała sukcesja. Tyle że świat, w którym ta logika się sprawdzała, właściwie już nie istnieje. Stabilność rynków została zastąpiona zmiennością, przewidywalne cykle gospodarcze ustąpiły miejsca nieustającym turbulencjom i przełomom technologicznym, a czarne łabędzie przestały być uznawane za tak unikatowe zjawiska.

Globalizacja otworzyła rodzinom biznesowym drzwi do nowych rynków, ale jednocześnie wystawiła je na zupełnie inną skalę konkurencji niż ta sprzed trzydziestu czy czterdziestu lat. W takich realiach powielanie jednej, nawet świetnie sprawdzonej ścieżki rozwoju przestaje wystarczać. Dlatego w rodzinnych firmach coraz częściej pojawia się kilka równoległych inicjatyw i projektów. Jedne są naturalną kontynuacją tego, co zostało zbudowane wcześniej, inne otwierają zupełnie nowe przestrzenie – pozwalają testować świeże pomysły, wchodzić na nieznane rynki, dywersyfikować działalność i tworzyć różne warianty przyszłości. Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie te działania – niezależnie od skali i formy – powinny znajdować swoje zakorzenienie w wartościach, które od zawsze wspierała rodzina założycielska.

Jako doradca pracuję z rodzinami właśnie nad tym momentem. Podczas warsztatów strategicznych, w których często spotykają się trzy pokolenia z różnymi doświadczeniami i oczekiwaniami, uczymy się patrzeć na przyszłość w sposób spójny. To przestrzeń, gdzie zestawiam ambicje sukcesorów z wizją właścicieli i realiami rynkowymi. Zmiana sukcesyjna to często nie tylko wymiana nazwisk w zarządzie, ale też zmiana całego modelu biznesowego. Świetnym przykładem takiej zmiany jest LUG Light Factory, gdzie podczas prac strategicznych właściciele przekształcili firmę z klasycznego producenta opraw oświetleniowych w dostawcę „światła jako usługi” – oferując klientom nie tylko lampy, ale kompleksowe rozwiązania, serwis i zarządzanie efektywnością. Model ten przesuwa ciężar odpowiedzialności i ryzyka na dostawcę, ale jednocześnie otwiera szersze pole do budowania trwałych relacji kontraktowych, przewidywalnych przychodów i głębszego zaangażowania w wartość dodaną w użytkowaniu. Widzimy tu nową logikę: z myślenia o produkcie w kierunku myślenia o doświadczeniu i długoterminowej wartości.

Kiedy młodzi chcą pisać własny rozdział

Nowe inicjatywy w firmach rodzinnych rzadko zaczynają się od grubych, strategicznych dokumentów czy konsultantów z flipchartami. Zwykle rodzą się z impulsu: ktoś wraca z Erasmusa i widzi, że świat żyje już inaczej. Ktoś inny po pracy w korporacji stwierdza: „A dlaczego my tego nie robimy?”. Albo po prostu pojawia się potrzeba – bo rynek się zmienia, bo klienci oczekują czegoś nowego, bo nie da się już dalej klepać tego samego biznesu, który sprawdzał się 30 lat temu. I tu zaczyna się konflikt. Starsze pokolenie często reaguje podejrzliwie: „Po co nam to? Przecież mamy stabilny biznes, nie rozpraszajmy się”. Za tym pytaniem kryje się jednak coś więcej niż czysta kalkulacja. To lęk, że każdy nowy pomysł może podważyć dorobek całego życia. Że decyzje dzieci narażą rodzinę na ryzyko utraty marki, reputacji, a czasem nawet majątku. W tle pojawia się obawa, że młodzi chcą „bawić się w biznes” kosztem tego, co seniorzy budowali przez dekady z ogromnym wysiłkiem.

A młodzi? Oni patrzą na to zupełnie inaczej. Dla nich stabilny biznes rodziców to często nie spełnienie, lecz ograniczenie. Chcą sprawdzić siebie, podejmować decyzje, uczyć się na błędach, pisać własną historię. Mają świadomość, że rynek zmienia się szybciej niż procesy decyzyjne w firmie rodzinnej, a czekanie na zgodę rodziców oznacza często stracone szanse. Nie chodzi o brak szacunku wobec dorobku starszych – chodzi o to, że świat wymaga innej prędkości, innej wrażliwości i odwagi, by robić rzeczy po swojemu. Dobrym przykładem jest firma Jogurty Magda. Firma przez lata była klasycznym producentem nabiału, mocno zakorzenionym w tradycji mleczarskiej. Kiedy do biznesu weszła sukcesorka, Magdalena Kubit, dostrzegła rosnący trend roślinny i uznała, że to właśnie w nim tkwi przyszłość. Podjęła odważną decyzję: przestawiła cały zakład na produkcję w 100% roślinną i dokonała rebrandingu na Magda Roślinna. Ta zmiana była ryzykowna, bo oznaczała porzucenie dotychczasowego modelu i wejście w nową, dynamiczną niszę. Dziś marka jest symbolem odwagi sukcesorów, którzy potrafią być wierni wartościom rodziny, ale jednocześnie nadają biznesowi zupełnie nową formę.

Poboczne pomysły czy fundament nowej przyszłości?

Niektóre z tych inicjatyw wnoszą do firmy zupełnie nową energię: dywersyfikują majątek, otwierają rodzinę na rynki, o których starsi nawet nie słyszeli, a przede wszystkim – dają młodym poczucie, że to też ich historia. Bo prawda jest taka, że jeśli sukcesorzy nie będą mogli napisać własnego rozdziału, to w końcu zamkną książkę i odejdą.

Dodajmy jeszcze jedno: sukcesorzy mają inną wrażliwość. Nie patrzą tylko na tabelki, marże i cash flow. Mówią o wpływie społecznym, środowisku, o kulturze. To często irytuje seniorów („zysk przede wszystkim!”), ale po latach okazuje się, że właśnie to uratowało firmę przed wypadnięciem z gry. Weźmy przykład rodziny Kruków – marka jubilerska, którą wszyscy w Polsce znają. Senior budował klasyczną sieć sprzedaży i koncentrował się na tradycyjnym biznesie. Gdy firma przestała być kontrolowana przez rodzinę, to juniorzy, Wojciech jr i Anna Kruk, wprowadzili nową markę, bardziej modową, skierowaną do młodszego klienta, z inną estetyką i zupełnie inną komunikacją. Początkowo traktowana z dużą ostrożnością, a dziś wiadomo, że takie ruchy nie tylko otworzyły rodzinę na inny segment rynku, ale też umożliwiły działanie dobrze prosperującego biznesu. Albo Marcin Grzymkowski, który dokonał fundamentalnej zmiany modelu – przeniósł rodzinny biznes ze sklepów stacjonarnych do internetu, stawiając na e-commerce, kiedy większość branży jeszcze wątpiła w jego potencjał. Zamiast powielać klasyczny handel, zbudował nowoczesną platformę sprzedaży, wspartą technologią, logistyką i algorytmami dopasowania, co całkowicie przełamało ograniczenia małego sklepu. Ta decyzja nie tylko odmieniła skalę działania firmy, ale też stworzyła jeden z największych sukcesów polskiego rynku internetowego. To pokazuje, że właśnie „poboczne” inicjatywy potrafią stać się fundamentem kolejnego rozdziału historii rodzinnej firmy.

Dlatego równoległe inicjatywy młodych nie są fanaberią. To nie margines. To jeden z głównych motorów przemiany firm rodzinnych w XXI wieku. Cichy, niedoceniany, czasem traktowany jak problem a w rzeczywistości bez niego rodzinna firma ryzykuje, że zatrzaśnie się w muzeum własnej historii. Czasami moment redefinicji w firmie rodzinnej nie zaczyna się od strategii, lecz od emocji. Od rozmowy przy stole, w której ktoś po raz pierwszy odważy się powiedzieć: „ja to widzę inaczej”. To trudne, bo przez lata lojalność wobec przeszłości była synonimem szacunku. Tymczasem prawdziwy szacunek nie polega na kopiowaniu dawnych decyzji, ale na zrozumieniu, dlaczego kiedyś były słuszne i jak dziś można je przełożyć na nowe realia. Młode pokolenie nie neguje dorobku swoich rodziców, lecz pragnie, by ten dorobek nadal żył i odpowiadał na wyzwania współczesności. Każde pytanie, każda idea czy wątpliwość przed podjęciem decyzji może być początkiem twórczego procesu, jeśli w rodzinie panuje odwaga słuchania. Bo w firmach rodzinnych drzemie wyjątkowa siła łącząca przeszłość z przyszłością, emocje z odpowiedzialnością, tradycję z innowacją. To właśnie dzięki nim w biznesie wciąż obecne jest serce, sens i długofalowa wizja, której nie da się zbudować inaczej niż razem.

Jeśli stoisz dziś przed wyzwaniem sukcesji albo czujesz, że Twój model biznesowy dojrzewa do zmiany, warto zatrzymać się na chwilę i porozmawiać. Od wielu lat towarzyszę rodzinom biznesowym w momentach, które wymagają odwagi, dialogu i nowego spojrzenia. Wierzę, że każda taka rozmowa może stać się początkiem dobrego procesu – takiego, który pozwala zachować to, co najcenniejsze, i otworzyć przestrzeń na nowe idee. Jeśli czujesz, że to właśnie ten moment dla Twojej firmy, z przyjemnością posłucham Twojej historii.

 

 

Marietta Mucha

Doradca sukcesyjny. Ekspert w zespole Instytutu Biznesu Rodzinnego. Specjalizuje się w projektowaniu usług (service design), aktualizacji modeli biznesowych oraz wdrażaniu innowacji wspierających procesy strategiczne i międzypokoleniowe w firmach rodzinnych. Doświadczona facylitatorka, trenerka metodyki design thinking oraz service design, prowadzi liczne procesy i sprinty strategiczne oraz sesje kreatywne z udziałem właścicieli oraz zespołów firm rodzinnych. Autorka licznych artykułów o tematyce przedsiębiorczości rodzinnej.

 

 

Zdjęcia: Ewa Piotrowska 

 

Show Buttons
Hide Buttons