Myślę o tym, co po sobie zostawię – wywiad rzeka z trenerką mentalną Moniką Trzaskowską

Idzie korytarzem spokojna, promienna, obecna w każdym geście. Kobieta, której się udało. Tak po prostu, jakby sukces był czymś, co przychodzi z pierwszym łykiem porannej kawy. Jakby miała go we krwi.

Pytam. Opowiada niezwykle melodyjnym głosem, ale słowa są tak ciężkie, że rozbijają bańkę i pokazują życie bez kolorowych filtrów. Trudne aż do bólu brzucha i drżenia rąk.
Lekcja, której się nie spodziewałam. O miłości, determinacji i rozwoju. Warta odrobienia.

Wpisując w wyszukiwarkę Twoje imię i nazwisko, natrafiłam na nagłówek „Od zera do życia marzeń”. Naprawdę zaczynałaś od zera?

Pytana o początki najczęściej wspominam moment, w którym wyszłam z domu, trzasnęłam drzwiami i z córką na rękach ruszyłam przed siebie, mając w kieszeni sto złotych. Moment, w którym kończyło się moje trzynastoletnie małżeństwo, ale prawda jest taka, że od dziecka mierzyłam się z trudnościami. Ojciec wyjeżdżał do pracy za granicę, a mama sięgała po alkohol. Z tego tytułu działy się w domu różne rzeczy, więc nadzór nad rodziną sprawowała pani kurator. Finalnie rodzice się rozwiedli, w całym tym ambarasie porzucając i nas. Moja młodsza siostra miała wtedy dziewięć lat, ja piętnaście, a najstarsza niecałe siedemnaście. Żeby nie trafić do domu dziecka, podczas wywiadu środowiskowego utrzymywałyśmy, że mama z nami mieszka, choć z rzeczywistością nie miało to nic wspólnego. Musiałyśmy kłamać do czasu, aż najstarsza z nas osiągnie pełnoletność, by mogła – zgodnie z literą prawa – stworzyć dla pozostałej dwójki rodzinę zastępczą. Dużo przeszłyśmy, było nam bardzo ciężko. Wszystkie się jeszcze uczyłyśmy. Pamiętam taki poranek, kiedy otworzyłyśmy w kuchni wszystkie szafki i stwierdziłyśmy, że na śniadanie napijemy się herbaty. Innym razem zjadłyśmy na obiad lane kluski tylko dzięki temu, że siostra przyniosła kilogram mąki z restauracji, w której pracowała. Choć ja również starałam się dorabiać i na przykład w sezonie zbierałam truskawki, zimą siedziałyśmy po ciemku. Możesz sobie wyobrazić, że nie miałyśmy światła? Myślę, że dla wielu to nawet mniej niż zero.

Czego wtedy najbardziej pragnęłaś?

Nie marzyłam o pieniądzach, chciałam mieć szczęśliwą rodzinę. Pełną, kochającą się. To pragnienie było tak silne, że kiedy poznałam mojego męża, nie widziałam żadnych czerwonych flag. Weszłam w ten związek pełna ufności, starałam się być na wszystkich polach idealna. Zajmowałam się domem, dziećmi, studiowałam, pracowałam. Z wynagrodzenia, które otrzymywałam, a pracowałam wówczas w banku, odkładałam pieniądze, żeby zrobić kurs stylistki paznokci, a później rzęs, ponieważ żyła we mnie ogromna chęć upiększania kobiet. Byłam w tej wizji tak uparta, że po ośmiu godzinach na etacie, mając już dwójkę malutkich dzieci, szkoliłam się wieczorami, by móc otworzyć własny salon. I dopięłam swego. Gdyby tak spojrzeć z boku, pewnie w niejednych oczach wyglądałam wtedy na kobietę spełnioną. Miałam dwójkę cudownych dzieci, inteligentnego, zabawnego i zadbanego męża na stanowisku dyrektorskim. Dom w Konstancinie, który sama wybrałam spośród przeróżnych katalogów. Prowadziłam w nim swój salon kosmetyczny. Bajka.

Problem polegał na tym, że niezależnie od tego, co robiłam, w oczach męża nigdy nie byłam wystarczająca. Zawsze znalazł powód, żeby mnie zwyzywać. Naszej relacji nie ułatwiał też fakt, że był człowiekiem chorobliwie zazdrosnym. W pewnym momencie zorientowałam się, że bez męża nie mogę nawet wyjść do sklepu spożywczego. Nasze małżeństwo nie wyglądało tak od samego początku. To był proces, który ewoluował. Najpierw drobne incydenty, później sporadyczne zakazy, niby nic nieznaczące sprzeczki. Granice przesuwały się z czasem, a ja nie potrafiłam się sprzeciwić. Długo walczyłam, żeby sprostać wszelkim oczekiwaniom. Miałam nadzieję, że jak dam z siebie więcej, bardziej się postaram – zasłużę w końcu i na szacunek, i na miłość. Niestety tak się nie stało, ten mechanizm tak nie działa. Nie tylko u mnie. To nie zadziała nigdy u nikogo. Zwlekałam się rano z łóżka, myłam zęby i płakałam, zastanawiając się, dlaczego to sobie robię. Pamiętam, że w wiadomości SMS-owej do siostry napisałam, że myślę o tym, żeby się powiesić na jabłonce w ogrodzie. Nie widziałam wyjścia z tej sytuacji, nie miałam na siebie żadnego planu. Impuls sprawił, że po kolejnej awanturze po prostu zabrałam córkę i uciekłam z domu. Wcześniej zdarzały się sytuacje, w których odchodziłam i po przeprosinach wracałam. Tym razem wiedziałam, że ta decyzja jest ostateczna.

Dokąd poszłaś?

Były wakacje. Nasz starszy syn przebywał wtedy na obozie sportowym, ze mną została młodsza córka. Jak już wiesz, nie miałam rodziny, która przyjęłaby mnie pod swój dach. Zaborczy mąż i przeprowadzka z Lublina to mieszanka, która sprawiła, że nie miałam w Konstancinie zbyt wielu przyjaciół. Pierwszą noc spędziłam u koleżanki, której mąż znał się z moim. Ja roztrzęsiona, on wygłaszający swoje tyrady, nie było mi tam miło. Nie potrafiłam się uspokoić. Nie mogłam tam zostać. Następne dwa tygodnie pomieszkiwałam u przyjaciółki, z którą pracowałam w banku. Kiedy syn wrócił z wakacyjnego wyjazdu, mąż miał już zakaz zbliżania się na mocy Niebieskiej Karty, a ja wynajęte mieszkanie.

Jak zorganizowałaś pieniądze?

Zarobiłam je. W okolicy otwierał się nowy salon kosmetyczny, doszłam do porozumienia z dziewczynami i podnajęłam u nich stanowisko. Pamiętam, że pytały, czy utrzymam się z samej stylizacji rzęs, ponieważ one zajmowały się paznokciami i konkurencja była im potrzebna jak umarłemu kadzidło. Odpowiedziałam, że tak, choć nie miałam zielonego pojęcia, jak to będzie. Pracowałam wtedy po dwanaście, a nawet czternaście godzin dziennie. Kiedy opłaciłam mieszkanie, stanęłam przed trudnymi rozmowami w salonie – musiałam prosić o przesunięcie terminu płatności, nie byłam w stanie pogodzić wszystkiego. Start był karkołomny, ale nigdy nie uciekałam od problemu. Dziewczyny miały serce po właściwej stronie, a ja – choć z perturbacjami – zawsze się rozliczałam. Jak widzisz, można poradzić sobie z wieloma trudnościami, ale tylko wtedy, kiedy zamiast skupiać się na żalu, skoncentrujesz się na swoich umiejętnościach i wykorzystasz je, idąc do przodu z pełną parą. To jest bardzo ważne. Każdy – niezależnie od sytuacji, wieku, zawartości portfela, stanu zdrowia, urody – ma jakieś umiejętności i to one są narzędziem, dzięki któremu wypływa się na powierzchnię. Nie szukaj wymówek, nie usprawiedliwiaj się, nie patrz na innych – działaj.

A emocje? Wielu popada w depresję albo w nałogi, nie potrafiąc udźwignąć ciężaru własnego życia. Co sprawiło, że Ty się nie poddałaś?

Moje dzieci. Kiedy po ostatniej kłótni z mężem córka trzęsła się ze strachu, chwyciłam ją mocno, spojrzałam jej w oczy i obiecałam, że już nigdy nie doświadczy czegoś takiego, że od teraz już zawsze będzie bezpieczna. Ilekroć było mi ciężko, myślałam o nich. O tym, że to dla nich buduję lepszy świat.
Proces rozwodowy trwał dwa lata. Miałam w sobie ogromną determinację, żeby wyprostować nasze życie, choć fizycznie i psychicznie byłam wykończona. Wtedy chyba wszyscy widzieli, że coś jest nie tak. Stres sprawił, że niewiele jadłam. Byłam chuda jak patyk i jeszcze wpadłam na pomysł, że będę jeździła do pracy rowerem. Musiałam przecież ugotować obiad, odebrać dzieci ze szkoły, jakoś wszystko ze sobą pogodzić. Wtedy pomogła mi Mariolka. Ogarnęła samochód, za który nie zapłaciłam ani złotówki.

Jakim cudem?

Mariolka była moją klientką, a poza tym cudowną, ciepłą kobietą, która znała życie. Jej mąż prowadził warsztat samochodowy. Podczas którejś wizyty w salonie stwierdziła, że nie będę jeździła żadnym rowerem, że mam się z nią zabrać, a oni jakieś auto mi dadzą. Nie traktowałam tej propozycji poważnie, ale faktycznie pewnego dnia stanęłam na ich posesji i spośród różnych samochodów wybrałam Atosika (Hyundai Atos). Jego wartość została oszacowana na tysiąc czterysta złotych, a Mariolka uznała, że zapłacę, jak uzbieram. Nim uzbierałam, Atosik się zepsuł. Zadzwoniłam więc do Mariolki z pytaniem, czy jej mąż by do niego nie zajrzał, a że akurat wyjechał – Mariolka poleciła Karola. Miałam okazję go poznać, kiedy wybierałam samochód – Karol w budynku obok naprawiał motory. Naprawił Atosika i od tego momentu pojawiał się w moim życiu. Los chciał, że Atosik psuł się często, więc często widywałam Karola. Po jakimś czasie staliśmy się nierozłączni, a kiedy zgłosiłam się do Marioli, usłyszałam, że Karol już dawno za to auto zapłacił. Ostatecznie wprowadziłam się do niego, urodziłam drugą córkę, wzięliśmy ślub i tak trwamy razem do dziś.

Kiedy pojawił się pomysł założenia grupy na Facebooku?

Po trzeciej ciąży. Wróciłam do salonu kosmetycznego i pomyślałam, że skoro ja pokonałam przeciwności losu – inne kobiety też mogą to zrobić. Zaczęłam nagrywać filmiki. Na początku o toksycznej relacji. O tym, że ona odcina cię od wszystkiego i wszystkich, ale da się z niej wyjść. Słuchało może pięć osób. Potem trzysta. Z czasem przybywało ich coraz więcej. Co ciekawe, przysięgam na wszystko, że zakładając grupę, nawet przez sekundę nie pomyślałam, żeby czerpać z niej korzyści finansowe. Miałam za to ogromne pragnienie wypowiedzenia na głos tego, co przeżyłam, aby choć jedną kobietę zainspirować. Choć jedną obudzić. Choć jedną uratować.

Czy to wymagało od Ciebie nowych kompetencji?

Oczywiście. Wyobraź sobie, że w tym najtrudniejszym dla mnie momencie, kiedy się rozwodziłam, wybrałam się do psychologa. Trudne dzieciństwo i gorzkie małżeństwo wgrały we mnie taką melodię, że czułam, jak niszczę siebie od środka. Bolał mnie cały organizm, brzuch, jelita. Zamierzałam to odciąć, chciałam się uwolnić, a zamiast realnego wsparcia dostałam do wypełnienia szablonowe testy z pytaniem, na którym krześle usiadłabym przy stole: obok mamy czy taty? Uświadomiłam sobie, że w tym trybie terapia potrwa jakieś pięć lat, zanim przyjdą efekty, a ja nie mogłam tyle czekać. Pochłaniałam więc książki. Szukałam odpowiedzi. Rozpracowywałam mechanizmy. Odkryłam, że pewne decyzje zapadają w naszej podświadomości, ponieważ bazujemy na wzorcach wyniesionych z domu. Dotarło do mnie, że ja sama nie byłam dorosła emocjonalnie. Niczego nie przepracowałam. Nie rozumiałam, kim jestem dla samej siebie. Skupiłam się na rozwoju duchowym. Przez lata byłam tak zafiksowana na punkcie rodziny, że kompletnie zapomniałam o sobie. O tym, jakie mam potrzeby. Jakie marzenia. Musiałam wrócić do siebie. Odnaleźć swoją energię. I wtedy przyszła wizja na szkolenia. Muszę przyznać, że one dały mi ogromną satysfakcję. Moja grupa powstała, żeby wspierać ludzi, którzy postanowili coś w swoim życiu zmienić.

W sieci krąży wiele pozytywnych opinii na temat Twoich szkoleń. Trafiłaś na takiego kursanta, któremu nie byłaś w stanie pomóc?

Nie jestem cudotwórcą. Przyjęłam na szkolenia około siedmiu tysięcy osób. Zauważ, jaki to miks charakterów, poglądów, doświadczeń. Każdy kursant inaczej odbiera moją osobę. Jedni mnie uwielbiają, inni początkowo nie mogą słuchać, a kolejni oczekują złotej różdżki albo tabletki, która sprawi, że wszystkie problemy znikną. Co tak naprawdę jestem w stanie zrobić? Mogę pokazać im moją drogę. Wyłożyć to, co ja zrozumiałam. Wyjaśnić, w jaki sposób przepracowałam poszczególne tematy, i pokazać, co dzięki temu osiągnęłam. Czy i co oni z tego wyciągną – zależy wyłącznie od nich.

Kiedy zaczęłaś patrzeć na swoje życie przez pryzmat czasu?

Jak każda matka ogarniałam milion spraw i nagle zauważyłam, że kiedy siedziałam w pracy, moje dzieci urosły. Stały się nastolatkami. Rozgrzeszyłam się w duchu, ponieważ z czegoś musieliśmy żyć, ale uczucie straty pozostało. Nie przeżyłam ich dzieciństwa z taką uważnością, jak bym chciała. Uciekł mi kawał życia. Dotarło do mnie, że jestem tu tylko na chwilę. I nie wiem, ile ta chwila jeszcze potrwa. Ta myśl obudziła we mnie ogromny apetyt na doświadczanie. Na smakowanie dnia wszystkimi zmysłami. Na własnych zasadach. Pojawiła się też refleksja, jaką energię po sobie zostawię. Chcę zostawić po sobie piękną wibrację w ludziach. Czuję, że moja misja na tym świecie nie została jeszcze wypełniona. Być może przyjdzie do mnie coś nowego. Jakaś inspiracja, ludzie, pomysły, z których zrodzi się nowe działanie. Nie boję się zmian, uśmiecham się do nich.

 

 

Rozmawiała: Marlena Czajerek

 

Zdjęcia: Klaudia Dudkiewicz

 

 

Show Buttons
Hide Buttons