Świadomość – nowa kompetencja liderów

Jeszcze kilkanaście lat temu rozmowa o emocjach w kontekście biznesu brzmiała dla wielu jak temat z zupełnie innego świata. Dziś coraz więcej przedsiębiorców i liderek dostrzega, że jakość decyzji, relacji w zespole czy styl przywództwa zaczyna się od poziomu własnej świadomości. Luiza Gallus pracuje z ludźmi, którzy chcą zrozumieć nie tylko swoje cele, ale także mechanizmy stojące za ich wyborami. W rozmowie mówi o niewidzialnych wzorcach rodzinnych, przełomowych momentach wewnętrznego wglądu i o tym, dlaczego rozwój emocjonalny staje się jednym z najważniejszych kapitałów współczesnego lidera.
W swojej pracy często mówi Pani o „niewidzialnych więzach”, które łączą nas z historią rodziny. Jak rozpoznać moment, w którym zaczynamy żyć bardziej historią przodków niż własnym życiem?
Najczęściej poznajemy to po powtarzalności. Człowiek może zmieniać miejsca pracy, partnerów, strategie życiowe, a jednak wciąż trafia w podobne sytuacje, te same konflikty w relacjach, podobne trudności finansowe, poczucie ciężaru, którego nie potrafi logicznie wyjaśnić. To moment, w którym warto zatrzymać się i zadać pytanie: czy to naprawdę tylko moja historia? „Niewidzialne więzy” to nic innego jak głęboka lojalność wobec systemu rodzinnego. Dziecko w nas chce przynależeć, a przynależność często oznacza nieświadome powtarzanie losów przodków. Jeśli w rodzinie dominowało poczucie braku, poświęcenia czy niespełnienia, zdarza się, że kolejne pokolenia, mimo innych możliwości, wchodzą w bardzo podobne scenariusze. Sygnałem ostrzegawczym bywa też wewnętrzny konflikt: część nas chce zmiany, rozwoju, lekkości, a druga część jakby nas zatrzymywała. Pojawia się niewytłumaczalne poczucie winy, gdy zaczyna się układać lepiej niż w poprzednich pokoleniach. Moment uświadomienia sobie tego mechanizmu jest niezwykle ważny. Bo dopóki nie widzimy tych powiązań, żyjemy w przekonaniu, że wszystko zależy wyłącznie od naszej siły woli. Tymczasem często niesiemy coś, co nie zaczęło się od nas. I dopiero kiedy to zobaczymy i oddzielimy to, co nasze, od tego, co należy do historii rodziny – zaczynamy naprawdę żyć własnym życiem.

Wielu ludzi intuicyjnie czuje, że coś w ich życiu powtarza się jak scenariusz. Czy według Pani istnieje moment przełomowy, w którym człowiek zaczyna naprawdę widzieć te wzorce?
Tak, taki moment bardzo często się pojawia i zwykle nie jest spektakularny. To raczej chwila głębokiego uświadomienia, w której człowiek nagle dostrzega, że pewne wydarzenia w jego życiu nie są przypadkowe. Że relacje, decyzje czy trudności układają się w powtarzalny schemat. Najczęściej dzieje się to w momencie zatrzymania, kiedy dotychczasowe strategie przestają działać. Kiedy ktoś po raz kolejny doświadcza podobnego rozczarowania w relacji, podobnego kryzysu w pracy czy podobnego poczucia wewnętrznego ciężaru. Wtedy pojawia się pytanie: „Dlaczego to znowu się wydarza?”. To pytanie jest bardzo ważne, bo otwiera drzwi do świadomości. W tym momencie człowiek przestaje patrzeć tylko na pojedyncze wydarzenie, a zaczyna widzieć wzorzec. Zaczyna dostrzegać, że nie chodzi o jedną sytuację, ale o głębszy mechanizm, który powtarza się w różnych obszarach życia. W pracy terapeutycznej ten moment bywa niezwykle poruszający. Kiedy ktoś zobaczy swój wzorzec, pojawia się jednocześnie ulga i zdumienie. Ulga, bo wreszcie coś zaczyna mieć sens. I zdumienie, bo nagle widać, jak wiele decyzji było podejmowanych z poziomu nieświadomej lojalności czy dawnych doświadczeń. Ten moment nie kończy procesu, ale bardzo często jest jego początkiem. Bo dopiero to, co zostało zobaczone, może zostać zmienione.
Pracuje Pani z ludźmi zarówno indywidualnie, jak i podczas warsztatów. Czy dynamika grupy w pracy rozwojowej potrafi ujawnić coś, czego nie zobaczylibyśmy w samotnej refleksji?
Zdecydowanie tak. Praca w grupie ma w sobie szczególną jakość, której nie da się w pełni odtworzyć w samotnej refleksji czy nawet w pracy indywidualnej. Człowiek jest istotą relacyjną, wiele naszych wzorców powstało w relacjach, dlatego właśnie w relacji najczęściej się ujawniają. W dynamice grupy bardzo szybko wychodzą na powierzchnię mechanizmy, które na co dzień pozostają ukryte. To może być sposób reagowania na autorytet, trudność w zajęciu swojego miejsca, potrzeba bycia zauważonym albo przeciwnie, tendencja do wycofywania się. W grupie te wzorce zaczynają być widoczne niemal natychmiast. Co więcej, grupa działa jak lustro. Często ktoś obserwując proces drugiej osoby, nagle rozpoznaje fragment własnej historii. Pojawia się zdanie: „To przecież o mnie”. I w tym momencie uruchamia się głęboka refleksja, której trudno byłoby doświadczyć w izolacji. W pracy z ustawieniami systemowymi dynamika grupy jest szczególnie znacząca, ponieważ pozwala zobaczyć relacje i powiązania w sposób niemal namacalny. To doświadczenie bywa bardzo poruszające, człowiek nie tylko rozumie swój wzorzec, ale zaczyna go odczuwać i widzieć w przestrzeni. Dlatego praca grupowa często przyspiesza proces. Nie dlatego, że ktoś coś tłumaczy, ale dlatego, że prawda o naszych relacjach zaczyna się ujawniać w żywym kontakcie z innymi ludźmi.
W swojej działalności łączy Pani różne metody, od coachingu po ustawienia systemowe i hipnoterapię. Jak wygląda proces wyboru narzędzia do pracy z konkretną osobą?
Dla mnie najważniejszym punktem wyjścia jest zawsze człowiek, a nie metoda. Każda osoba przychodzi z inną historią, innym poziomem gotowości i innym sposobem przeżywania swoich doświadczeń. Dlatego proces zaczyna się od rozmowy i uważnego słuchania, staram się zrozumieć, z jakim tematem ktoś przychodzi i na jakim poziomie ten temat się pojawia. Jeśli problem dotyczy głównie decyzji życiowych, kierunku zawodowego czy konkretnych celów, często zaczynamy od elementów coachingu, uporządkowania myślenia, nazwania potrzeb i zasobów. Kiedy jednak widzę, że w tle pojawiają się głębsze, powtarzalne wzorce w relacjach lub w poczuciu własnej wartości, wtedy bardziej adekwatna staje się praca systemowa. Ustawienia systemowe pomagają zobaczyć kontekst rodzinny i niewidzialne lojalności, które wpływają na nasze decyzje. Z kolei hipnoterapia bywa szczególnie pomocna wtedy, gdy temat jest zapisany w emocjach lub w ciele, kiedy ktoś mówi: „Rozumiem to, ale wciąż reaguję tak samo”. W praktyce te metody często się uzupełniają. Czasem zaczynamy od rozmowy, która porządkuje sytuację, a potem sięgamy po głębsze narzędzie pracy. Innym razem już na początku widać, że potrzebna jest praca z podświadomością albo z systemem rodzinnym. Najważniejsze jest dla mnie to, aby narzędzie służyło człowiekowi, a nie odwrotnie. Metody są tylko drogą, celem zawsze pozostaje większa świadomość, spokój i możliwość podejmowania własnych, bardziej wolnych decyzji.

Czy w pracy terapeuty zdarzają się momenty, które zmieniają również samego terapeutę? Czy klienci czasem stają się dla Pani lustrem lub nauczycielem?
Zdecydowanie tak. Każdy, kto pracuje z ludźmi na głębokim poziomie, wie, że ta relacja nigdy nie jest jednostronna. Oczywiście rolą terapeuty jest prowadzenie procesu i tworzenie bezpiecznej przestrzeni, ale jednocześnie każde spotkanie jest również spotkaniem dwóch historii, dwóch wrażliwości, dwóch perspektyw. Są momenty, kiedy klient wypowiada zdanie, które w niezwykle prosty sposób dotyka uniwersalnej prawdy o życiu. Czasem widzę w czyjejś historii fragment własnej drogi sprzed lat. Innym razem czyjaś odwaga w konfrontacji z trudną przeszłością przypomina mi, jak wielką siłę ma człowiek. W tym sensie klienci rzeczywiście bywają lustrem. Pokazują, jak różne są drogi ludzi i jak wiele można nauczyć się z uważnego słuchania. Ta praca uczy ogromnej pokory, przypomina, że nie jesteśmy od tego, by oceniać czy dawać gotowe odpowiedzi. Jednocześnie ważne jest zachowanie świadomości swojej roli. Klient nie jest nauczycielem w sensie prowadzenia terapeuty, ale jego historia może być inspiracją do refleksji. Dzięki temu ta praca pozostaje żywa i autentyczna. Myślę, że właśnie dlatego tak bardzo ją cenię. Bo oprócz pomagania innym nieustannie przypomina mi o tym, jak złożone, delikatne i jednocześnie niezwykle silne jest ludzkie życie.
Żyjemy w czasach ogromnego tempa i presji sukcesu. Czy według Pani współczesny styl życia utrudnia ludziom kontakt z własnymi emocjami?
Zdecydowanie tak. Współczesny styl życia bardzo często nie zostawia przestrzeni na zatrzymanie się i prawdziwe odczuwanie. Tempo, w jakim funkcjonujemy, sprawia, że większość ludzi działa w trybie zadaniowym, od celu do celu, od projektu do projektu. W takim rytmie emocje stają się czymś, co trzeba szybko „ogarnąć” albo odłożyć na później. Problem polega na tym, że emocji nie da się wyłączyć jak aplikacji. Jeśli nie dajemy im miejsca, zaczynają wyrażać się w inny sposób, poprzez napięcie w ciele, chroniczne zmęczenie, konflikty w relacjach czy poczucie wewnętrznej pustki. Presja sukcesu również odgrywa dużą rolę. Wiele osób ma wrażenie, że muszą być silne, sprawne, produktywne. A emocje, szczególnie te trudne – są postrzegane jako przeszkoda. Tymczasem emocje są jednym z najważniejszych źródeł informacji o nas samych. W swojej pracy często widzę, jak ogromną ulgę przynosi ludziom samo zatrzymanie się i nazwanie tego, co naprawdę czują. To moment powrotu do siebie. Paradoks polega na tym, że dopiero kiedy człowiek odzyskuje kontakt ze swoimi emocjami, zaczyna podejmować bardziej świadome decyzje – również w życiu zawodowym. Wrażliwość nie jest przeszkodą w skuteczności. Jest jej ważnym fundamentem.
W swoich książkach pokazuje Pani, jak silnie przeszłość wpływa na relacje. Co najczęściej blokuje ludzi przed stworzeniem naprawdę bliskiej i zdrowej relacji?
Najczęściej blokuje nas to, czego sami do końca nie widzimy, nieuświadomione doświadczenia z przeszłości. Wiele wzorców dotyczących miłości, bliskości czy bezpieczeństwa kształtuje się bardzo wcześnie, w relacji z rodzicami i najbliższym otoczeniem. Jeśli w tych relacjach było dużo napięcia, braku zrozumienia czy emocjonalnej nieobecności, człowiek często w dorosłym życiu powiela podobny schemat. Jedną z największych barier jest lęk, często bardzo subtelny i ukryty. Z jednej strony ludzie pragną bliskości, a z drugiej boją się jej konsekwencji: odrzucenia, utraty niezależności, powtórzenia dawnych zranień. Wtedy pojawia się mechanizm ochronny, dystans, kontrola albo wybieranie relacji, które z góry są trudne. Dużą rolę odgrywają też lojalności rodzinne. Czasem nieświadomie powtarzamy historię relacji naszych rodziców albo próbujemy „wyrównać” ich losy. To sprawia, że wchodzimy w związki z bagażem, który wcale nie należy do nas. Kluczowym momentem jest uświadomienie sobie tych mechanizmów. Kiedy człowiek zaczyna widzieć, że reaguje nie tylko z poziomu teraźniejszości, ale także z poziomu dawnych doświadczeń, pojawia się możliwość wyboru. Zdrowa relacja zaczyna się nie od znalezienia idealnej osoby, lecz od spotkania ze sobą, z własną historią, emocjami i granicami. Dopiero wtedy bliskość przestaje być zagrożeniem, a staje się przestrzenią wzrostu.
Wielu przedsiębiorców i liderek coraz częściej sięga po narzędzia rozwojowe. Czy widzi Pani zmianę w podejściu świata biznesu do pracy z emocjami i świadomością?
Zdecydowanie tak. Jeszcze kilkanaście lat temu rozmowa o emocjach w kontekście biznesu była traktowana raczej jako coś pobocznego, a czasem nawet niepoważnego. Dziś coraz więcej przedsiębiorców i liderek rozumie, że świadomość emocjonalna nie jest dodatkiem do kompetencji biznesowych, jest ich fundamentem. Świat biznesu bardzo się zmienił. Tempo, odpowiedzialność za zespoły, ciągłe podejmowanie decyzji w warunkach niepewności sprawiają, że sama wiedza strategiczna nie wystarcza. Liderzy zaczynają dostrzegać, że jakość ich decyzji, styl przywództwa czy sposób budowania relacji w firmie w dużej mierze zależą od poziomu ich własnej świadomości. Coraz częściej spotykam osoby, które osiągnęły sukces zawodowy, ale zaczynają zadawać sobie pytania o sens, równowagę i autentyczność. Chcą nie tylko rozwijać firmę, ale też prowadzić ją w sposób bardziej świadomy, z uwzględnieniem relacji, emocji i wpływu na ludzi. To bardzo ważna zmiana. Bo kiedy lider zaczyna pracować nad sobą, zmienia się nie tylko jego życie, ale często także kultura całej organizacji. Pojawia się więcej zaufania, otwartości i odpowiedzialności. Myślę, że jesteśmy w momencie przejścia, od biznesu opartego wyłącznie na wynikach do biznesu, który zaczyna uwzględniać również człowieka. A to otwiera zupełnie nową jakość przywództwa.

Czy istnieje pytanie, które gdy ktoś zada je sobie szczerze, może stać się początkiem prawdziwej wewnętrznej zmiany?
Tak. Bardzo często jest to pytanie niezwykle proste, a jednocześnie bardzo wymagające: „Czy naprawdę żyję swoim życiem?”. Kiedy człowiek zada je sobie uczciwie, zaczyna widzieć wiele rzeczy z innej perspektywy. Zauważa, ile decyzji podejmował z potrzeby spełnienia cudzych oczekiwań, z lojalności wobec rodziny, z lęku przed odrzuceniem czy poczucia obowiązku. Nagle okazuje się, że część wyborów była bardziej odpowiedzią na historię systemu rodzinnego niż na własne pragnienia. To pytanie nie jest łatwe, bo często prowadzi do kolejnych: Czego naprawdę chcę? Co jest moje, a co tylko odziedziczone? Jak wyglądałoby moje życie, gdybym pozwolił sobie być w nim w pełni obecny, ale właśnie w tym momencie zaczyna się zmiana. Nie wtedy, gdy ktoś daje nam gotową receptę, lecz wtedy, gdy zaczynamy patrzeć na swoje życie z większą świadomością, bo prawdziwa transformacja nie zaczyna się od wielkich decyzji. Zaczyna się od jednego szczerego pytania, takiego, które pozwala nam zobaczyć siebie bez masek i bez ucieczki.
Gdyby miała Pani opisać swoją misję jednym obrazem lub metaforą, jak wyglądałaby ta scena?
Wyobrażam sobie człowieka stojącego na rozdrożu. Za nim jest długa droga pełna historii jego rodziny, doświadczeń, trudnych momentów, ale też siły, którą z nich wyniósł. Przed nim otwiera się przestrzeń, której jeszcze nie zna. Często ludzie stoją w takim miejscu z poczuciem ciężaru, jakby nie mogli ruszyć dalej. W mojej metaforze ja nie prowadzę ich za rękę i nie wybieram drogi za nich. Raczej pomagam im na chwilę się zatrzymać, spojrzeć za siebie i zobaczyć, co naprawdę niosą, co jest ich własnym doświadczeniem, a co historią, którą nieświadomie przejęli. Kiedy człowiek to zobaczy i uzna, część ciężaru może zostać tam, gdzie należy, w przeszłości. Wtedy pojawia się coś bardzo ważnego: przestrzeń na własny krok. Dlatego moja misja nie polega na zmienianiu ludzi. Polega na towarzyszeniu im w momencie, w którym zaczynają odzyskiwać swoje miejsce i swoją drogę, bo kiedy człowiek staje na niej świadomie, jego życie zaczyna układać się w sposób bardziej spójny, spokojny i prawdziwy.
Rozmawiał: Marcin Andrzejewski
Zdjęcia: Lidia Skuza


