Tarcza, która chroni przed upadkiem

W świecie, w którym liczby często przysłaniają emocje, a prawo bywa postrzegane jak zimna maszyna bez serca, Martyna Rokicka przywraca mu ludzkie oblicze. Twórczyni kancelarii Tarcza Sprawiedliwości udowadnia, że restrukturyzacja nie musi oznaczać końca, lecz może stać się początkiem nowego rozdziału. Pomaga przedsiębiorcom w najtrudniejszych momentach, wtedy, gdy zamiast sukcesu przychodzi kryzys, wstyd i strach. Łączy prawniczą precyzję z empatią, wiedzę z doświadczeniem biznesowym, a technologię ze zdrowym rozsądkiem. W rozmowie opowiada, dlaczego za każdą sprawą widzi człowieka, jak powstała Tarcza Sprawiedliwości i dlaczego wierzy, że nawet w upadku można odnaleźć siłę, by powstać jeszcze mocniejszym.
Tarcza Sprawiedliwości to nazwa, która brzmi jak obietnica walki o dobro przedsiębiorców. Jak narodził się pomysł na taką kancelarię i czym chciała Pani się wyróżnić na tle klasycznych kancelarii prawnych?
Pomysł narodził się z potrzeby, zarówno mojej osobistej, jak i rynkowej. Przez lata obserwowałam, jak wielu przedsiębiorców – w tym ja – zostaje samych w momencie kryzysu finansowego. Jak ludzie, którzy tworzyli miejsca pracy, nagle stają się bezbronni wobec prawa i systemu. Wszyscy mówią o sukcesach, ale nikt nie mówi o tym, jak przetrwać porażkę. Tarcza Sprawiedliwości powstała po to, by dawać ochronę, wsparcie i realne rozwiązania, nie tylko paragrafy. Moim celem było stworzenie miejsca, gdzie prawo spotyka się z empatią i zrozumieniem. Nie chciałam otwierać kancelarii, która nie będzie kolejnym chłodnym biurem z paragrafami, tylko realnym wsparciem, tarczą w dosłownym sensie. Tarcza Sprawiedliwości ma chronić, edukować i przywracać wiarę w to, że prawo może być narzędziem naprawy, a nie tylko kary. Wyróżnia nas podejście: nie pracujemy „dla sprawy”, tylko dla człowieka, który za nią stoi. Łączymy naszą wiedzę biznesową ze strategią prawną, komunikacją i planem odbudowy. Podchodzimy do powierzonych nam zadań kompleksowo.
Wspiera Pani przedsiębiorców w najtrudniejszych momentach, gdy mierzą się z długami, zatorami płatniczymi, widmem upadłości. Co Pani zdaniem najbardziej przeraża przedsiębiorców w temacie restrukturyzacji i jak Pani pomaga im ten strach oswoić?
Największy strach to utrata reputacji i poczucie, że „zawiedli”. Obecna wszędzie w mediach „moda na upadłość” nie pomaga. Jeżeli w firmie źle się dzieje, przedsiębiorcy często sięgają właśnie po to narzędzie, zwiedzeni kolorowymi obietnicami umorzenia często 100% zobowiązań i rzekomo małymi kosztami samego postępowania. W ogóle ten temat jest tak ważny w mojej ocenie, że poświęcę mu kolejny artykuł w dziale Tarcza Sprawiedliwości. W Polsce słowo „restrukturyzacja” często brzmi jak wyrok, a nie jak szansa. Ludzie boją się opinii otoczenia, boją się, że ich nazwisko trafi do rejestrów, że stracą zaufanie klientów albo że „sąsiedzi się dowiedzą”. Moją rolą jest przeprowadzić ich przez ten proces tak, by zrozumieli, że to narzędzie ochronne, coś, co pozwala przetrwać i się odbudować. Restrukturyzacja to nie wstyd. To właśnie znak, że walczą. Chcą naprawić swoje przedsiębiorstwo, chcą ochronić miejsca pracy i działać dalej, lepiej niż kiedykolwiek dotychczas. Dlatego zaczynamy od rozmowy o tym, co było, bez ocen. Pokazujemy, że można zredukować zobowiązania, ułożyć się z wierzycielami, uratować majątek, a przede wszystkim – odzyskać spokój. Następnym etapem jest rozmowa o tym, co będzie. Badamy potrzeby danej firmy i proponujemy rozwiązania, czasem trzeba sięgnąć po dotację albo inną formę finansowania. Czasem trzeba zainwestować w reklamę i marketing. Jednym słowem, jesteśmy z naszymi klientami od początku do końca, otaczamy ich naszą tarczą przez cały proces postępowania i po jego zakończeniu. Zaufanie buduje się prostym językiem, dostępnością i pokazaniem, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Z czasem w oczach klientów strach ustępuje nadziei.

Prowadzenie biznesu w Polsce to nie lada wyzwanie. Z jakimi problemami prawnymi najczęściej przychodzą dziś do Pani właściciele firm?
Najczęściej przychodzą z problemami płynności: zaległościami wobec ZUS, US czy kontrahentów. Często to efekt zatorów płatniczych i trudności w odzyskaniu należności. Inni zmagają się z konfliktami wspólników, źle skonstruowanymi umowami czy brakiem strategii podatkowej, co wywołuje problemy z urzędem skarbowym. Zdarzają się też zwykłe spory gospodarcze między przedsiębiorcami. Niestety większość z nich przychodzi po pomoc w ostatniej chwili, kiedy „pożar” już trwa, bo myśleli, że sobie poradzą, że „jakoś to będzie”. Za każdym razem widać ten sam mechanizm, przedsiębiorca, który w pewnym momencie staje się bezradny wobec systemu, walczył, nagle traci kontrolę nad finansami i nie wie, jak zatrzymać spiralę. Naszym zadaniem jest zatrzymać ten chaos. Wspólnie analizujemy sytuację, wybieramy najlepszy w danej sytuacji tryb działania i zaczynamy wspólną walkę. Uczę też, że prawo to nie wróg, tylko tarcza, którą trzeba umieć właściwie trzymać. I że porażka to często początek nowego etapu, nie koniec drogi.
W jakim momencie przedsiębiorca powinien „zbić szybkę” i zadzwonić po „Panią od Restrukturyzacji”?
Właściwy moment to ten, gdy pojawia się pierwsze poczucie, że „czegoś nie ogarniam”. Kiedy spłaty zaczynają się opóźniać, księgowa ostrzega, że brakuje płynności, a telefon od wierzyciela wywołuje stres, to już czas działać. Restrukturyzacja działa najlepiej wtedy, gdy nie jest jeszcze za późno. Wtedy możemy budować strategię, negocjować, chronić majątek i zaufanie. W praktyce często dzwonią do mnie ludzie, którzy przespali ten moment i nadal możemy pomóc, ale kosztem większych emocji i strat. Dlatego powtarzam: nie bój się prosić o pomoc wcześniej. To nie słabość, to dojrzałość przedsiębiorcy.
Wspomina Pani często, że „za każdą sprawą stoi człowiek”. Jak udaje się Pani zachować równowagę między skutecznością prawnika a empatią człowieka?
Dla mnie empatia to nie przeszkoda w byciu skutecznym, to narzędzie. Widzę człowieka, nie tylko sprawę. Słucham, pytam, staram się zrozumieć emocje stojące za decyzjami. Kiedy klient czuje, że jest zrozumiany, zaczyna współpracować z większym zaufaniem. To wtedy tworzy się przestrzeń do działania i wspólnego planu. Oczywiście, bywa, że trzeba być twardym, czasem mówimy wprost, że pewne decyzje będą bolesne, ale konieczne. Jednak nawet najtrudniejsze rozmowy prowadzimy z szacunkiem i spokojem. Skuteczność mojej kancelarii wynika właśnie z tego połączenia, bo kryzys to nie tylko liczby – to emocje, lęk, wstyd. I trzeba to wszystko widzieć, żeby naprawdę pomóc.

Zdarza się, że restrukturyzacja ratuje nie tylko firmę, ale też… życie przedsiębiorcy?
Tak, i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Widziałam ludzi na granicy, wyczerpanych, zrezygnowanych, w stanie załamania. Kryzys finansowy często dotyka nie tylko portfela, szczególnie kiedy mówimy o jednoosobowej działalności gospodarczej. Dla wielu przedsiębiorców firma to nie tylko źródło dochodu, ale sens życia, dowód, że potrafią coś stworzyć. Gdy to się wali – świat wali się razem z tym. Pamiętam jednego klienta – właściciela niewielkiej firmy transportowej z Mazowsza. Przyszedł do mnie późno, z długami sięgającymi kilku milionów, z egzekucjami, z wypowiedzeniem kredytów, ale przede wszystkim z wyznaczonym terminem licytacji komorniczej domu, w którym sam się urodził, a obecnie wychowywał razem z żoną i trojgiem swoich dzieci. Był przekonany, że to koniec, że zawiódł rodzinę i pracowników. Wszedł z hasłem UPADŁOŚĆ, „bo kolega też miał i powiedział mu, że nie ma innego wyjścia z takich problemów, a komornik przecież i tak go zlicytuje”. Nie zapomnę, jak powiedział: „Nie mam już siły wstawać rano”. To straszne, ale wielu przedsiębiorców ma takie, a nawet gorsze myśli w momencie kryzysu. Zaczęliśmy od rozmowy, nie od papierów. Przez pierwsze tygodnie budowaliśmy plan, krok po kroku. Wspólnie wybraliśmy doradcę restrukturyzacyjnego, który przerobił już kilkanaście podobnych przypadków właśnie firm transportowych. Wystąpiliśmy o ochronę przed wierzycielami, uporządkowaliśmy zobowiązania, rozpoczęliśmy negocjacje z bankiem i ZUS-em. Po kilku miesiącach firma zaczęła znowu działać, a on sam odzyskał energię. Kiedy przyszedł do kancelarii po zatwierdzeniu już układu przez sąd, powiedział tylko: „Dziękuję. Wy uratowaliście nie tylko firmę, ale i mnie samego”. To był moment, który zostaje na całe życie. Takie historie przypominają mi, że prawo, jeśli używa się go z empatią i odpowiedzialnością – potrafi nie tylko ratować biznesy, ale i ludzkie istnienia. Dlatego mówię, że restrukturyzacja to nie wstyd, lecz proces uzdrowienia.
Profil „Pani od Restrukturyzacji” w mediach społecznościowych to świetny przykład, jak ekspert może łączyć wiedzę z autentycznością. Skąd pomysł na taką formę komunikacji i co dał Pani ten projekt?
Zaczęło się od potrzeby dotarcia do ludzi, którzy często nie wiedzą, gdzie szukać pomocy. Chciałam mówić o restrukturyzacji językiem prostym, prawdziwym, czasem z humorem, ale zawsze z empatią. W mediach społecznościowych nie udaję, jestem sobą. Pokazuję kulisy mojej pracy, która nie skupia się za biurkiem z kodeksami i innymi „mądrymi książkami”, ale na rozmowie z ludźmi, walce o nich. Dzięki „Pani od Restrukturyzacji” mogę edukować, ale też inspirować. Otworzyłam przestrzeń do rozmowy o porażce, długach i emocjach, które im towarzyszą. To dało mi społeczność, ludzi, którzy mi ufają, a wielu z nich zostało moimi klientami. Ten projekt to dowód, że prawo może być ludzkie, a autentyczność to najlepsza strategia marketingowa.

Co według Pani jest kluczem do skutecznego budowania marki osobistej w branży prawnej, która przecież często uchodzi za „sztywną” i formalną?
Dla mnie kluczem jest autentyczność. W świecie, w którym wszyscy chcą wyglądać idealnie, ludzie najbardziej tęsknią za prawdą. Branża prawna przez lata opierała się na dystansie – formalnym języku, powadze, często wręcz chłodzie emocjonalnym. Ja poszłam w zupełnie innym kierunku. Postawiłam na prosty przekaz i obecność. Pokazuję kulisy mojej pracy, emocje, refleksje, czasem też błędy, bo wierzę, że siła tkwi właśnie w ludzkiej stronie zawodu. Ludzie chcą wiedzieć, że po drugiej stronie jest ktoś, kto rozumie ich lęki i nie ocenia.
Marka osobista to dla mnie nie logo, nie kolorystyka strony i nie garnitur. To energia, jaką zostawiasz po spotkaniu. To sposób, w jaki słuchasz, jak tłumaczysz, jak reagujesz. To umiejętność budowania zaufania, bez wielkich słów. W prawie nie wystarczy znać przepisy. Trzeba umieć dać ludziom poczucie bezpieczeństwa. A tego nie da się udawać. Dlatego wierzę, że najlepszą strategią marketingową jest po prostu… być sobą.
Bycie kobietą w świecie prawa i biznesu wymaga od Pani dodatkowej determinacji lub odwagi?
Tak, i to każdego dnia. Świat prawa wciąż bywa hermetyczny, często oparty na męskich wzorcach przywództwa. Kobieta, która mówi głośno, ma własne zdanie i twardo negocjuje, nadal potrafi zaskakiwać, ale to się zmienia, coraz więcej kobiet wchodzi do biznesu i pokazuje, że można działać skutecznie, nie rezygnując z empatii, intuicji i miękkich kompetencji. Dla mnie siła kobiety nie polega na rywalizacji z mężczyznami, lecz na odwadze bycia sobą, spokojną, konsekwentną, świadomą swojej wartości. W Tarczy Sprawiedliwości większość zespołu stanowią kobiety, niezwykle zaangażowane, inteligentne i empatyczne. Ale absolutnie nie dyskryminujemy mężczyzn. Wręcz przeciwnie, wnoszą do naszego zespołu balans, inne spojrzenie, analityczny chłód, który czasem pomaga nam podejmować strategiczne decyzje. To właśnie różnorodność tworzy siłę naszej kancelarii. Wierzę, że najlepsze zespoły to te, które łączą energię kobiecą i męską w harmonijny sposób, gdzie każdy głos jest ważny, a szacunek jest fundamentem współpracy.
Jak Pani zdaniem będzie wyglądał rynek restrukturyzacji i obsługi prawnej firm w najbliższych latach? Czy AI i automatyzacja mogą realnie zmienić tę branżę?
AI niewątpliwie już zmienia branżę prawną, automatyzuje analizy, przyspiesza procesy, porządkuje dokumenty i ułatwia kontakt z klientem. Sama z tych narzędzi korzystam, bo potrafią ułatwić życie i pozwalają szybciej docierać do informacji. Ale jestem absolutnie przekonana, że technologia nigdy nie zastąpi człowieka. AI może wspierać, ale jeśli zaczniemy jej ślepo ufać, bardzo łatwo o błąd. Sama obserwuję, jak często osoby bez przygotowania prawniczego korzystają z ChatGPT czy podobnych narzędzi i próbują na tej podstawie podejmować decyzje prawne, a nawet pisać pozwy… To ogromne ryzyko. Systemy sztucznej inteligencji są imponujące, ale nadal potrafią się mylić, przekręcać fakty, a nawet wymyślać przepisy, które w rzeczywistości nie istnieją. W prawie takie pomyłki mogą kosztować tysiące złotych – albo utratę firmy, dlatego zawsze powtarzam: technologia jest dobra, dopóki służy człowiekowi, a nie odwrotnie. W Tarczy Sprawiedliwości wykorzystujemy AI po to, by oszczędzać czas – analizować dane, lepiej zarządzać dokumentacją. Ale decyzje, strategie i odpowiedzialność zawsze należą do nas. Bo tylko człowiek potrafi odczuć ciężar decyzji o zwolnieniu pracownika, zrozumieć wstyd przedsiębiorcy, który tonie w długach, i znaleźć w sobie empatię, by mu pomóc. Przyszłość prawa widzę więc nie jako „świat robotów”, ale jako współpracę, człowiek plus technologia. AI może być świetnym asystentem, ale nigdy mentorem. Dlatego moją misją jest łączyć nowoczesność z rozsądkiem. Wierzę, że kancelarie przyszłości będą oparte nie na szybkości działania, ale na mądrości, doświadczeniu i ludzkim podejściu. Bo program może przetworzyć dane, ale tylko człowiek potrafi naprawdę zrozumieć drugiego człowieka.

Jakie cele stawia sobie dziś Tarcza Sprawiedliwości? Czy szykujecie nowe projekty lub kierunki rozwoju?
Tak, wchodzimy w nowy etap. Tworzymy Centrum Restrukturyzacji Przedsiębiorstw, miejsce, w którym prawo łączy się z doradztwem finansowym i wsparciem mentalnym. Widzimy, że przedsiębiorcy potrzebują nie tylko adwokata, ale też mentora i stratega. Rozwijamy też współpracę z ekonomistami, mediatorami, psychologami biznesu i biegłymi sądowymi, by tworzyć kompleksowe plany ratunkowe. Naszym celem jest edukacja i prewencja, chcemy, by przedsiębiorcy przychodzili po pomoc wcześniej, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli. Marzy mi się, by Tarcza Sprawiedliwości była symbolem odwagi, nowoczesnego prawa i realnego wsparcia, nie tylko kancelarią, ale ruchem na rzecz uczciwego, empatycznego biznesu.
I na koniec, jaką radę dałaby Pani przedsiębiorcy, który dziś czuje, że „nie da rady”?
Zatrzymaj się. Oddychaj. Wiem, że to trudne, kiedy wokół wszystko się wali, telefony, pisma, stres, nieprzespane noce, ale pamiętaj: żaden kryzys nie trwa wiecznie. To, że dziś masz długi, nie znaczy, że przegrałeś życie. Najgorsze, co możesz zrobić, to milczeć i udawać, że problemu nie ma. Siła zaczyna się w momencie, gdy mówisz „potrzebuję pomocy”. Nie musisz znać odpowiedzi, od tego jesteśmy my. Razem z moim zespołem pomogę Ci przejść przez to krok po kroku. Bo każdy biznes da się odbudować, a każda historia może mieć nowy początek. Widziałam to setki razy i wiem, że Ty też możesz.
Rozmawiał: Marcin Andrzejewski
Zdjęcia: Lidia Skuza


