Z głowy do serca. O odwadze, która uzdrawia

Luiza Gallus to kobieta, która przeszła przez własną ciemność, by dziś z pełnym światłem prowadzić innych. Autorka książek Urodziłam się, by żyć, Droga do siebie czy Przeszłość, która żyje w nas, terapeutka, hipnoterapeutka i założycielka Fundacji TERAZ, od lat pokazuje, że prawdziwe uzdrowienie zaczyna się tam, gdzie kończy się kontrola, a zaczyna czucie. W rozmowie opowiada o sile płynącej z autentyczności, o tym, jak osobiste rany mogą stać się kompasem w pomaganiu innym, oraz dlaczego ustawienia systemowe i hipnoterapia to nie „magia”, lecz spotkanie z prawdą. To historia kobiety, która zamieniła ból w misję i uczy innych, że życie naprawdę zaczyna się wtedy, gdy odważymy się zejść z głowy do serca.

Pani książki, m.in. Urodziłam się, by żyć, Droga do siebie i Przeszłość, która żyje w nas, opowiadają historię wielkiej przemiany. Co było momentem przełomowym, gdy zdecydowała Pani: nie tylko doświadczam, ale chcę o tym opowiedzieć, by pomóc innym?

Każda z moich książek jest zapisem drogi, którą sama przeszłam, często trudnej, pełnej upadków, ale też momentów ogromnego przebudzenia. W stronę serca, Urodziłam się, by żyć i Droga do siebie to opowieści bardzo osobiste, utkane z moich własnych doświadczeń, emocji i wewnętrznych walk. To książki, które powstały z potrzeby serca, z pragnienia, by nadać sens temu, co kiedyś bolało. Pisałam je wtedy, gdy sama jeszcze uczyłam się oddychać po życiowych burzach. Natomiast Przeszłość, która żyje w nas czy Traumy. Lojalność. Równowaga są już czymś więcej, to połączenie mojego doświadczenia z historiami moich klientów, z obserwacją tego, jak wielopokoleniowe wzorce i lojalności wpływają na nasze życie, zdrowie i relacje. Pisząc te książki, miałam poczucie, że staję się głosem wielu, że mogę nazwać to, co inni czują, ale często nie potrafią ubrać w słowa. Momentem przełomowym był dzień, w którym zrozumiałam, że moje doświadczenia nie są po to, by mnie zatrzymać, ale by mnie otworzyć. Że jeśli przeszłam przez trudne rzeczy, to właśnie po to, by móc dać innym nadzieję, że można się z tego podnieść. Że można nie tylko przetrwać, ale i naprawdę żyć. Pisanie stało się dla mnie formą terapii, ale też misją. Każda książka jest jak spotkanie, z człowiekiem, z jego historią, z jego bólem i nadzieją. I jeśli choć jedna osoba po jej przeczytaniu powie: „teraz rozumiem siebie”, „teraz wiem, że mogę coś zmienić”, to znaczy, że było warto.

Często wspomina Pani o ustawieniach systemowych Berta Hellingera jako metodzie, która pozwoliła zejść „z głowy do serca”. Co oznacza dla Pani ta zmiana w codzienności, relacjach, podejmowaniu decyzji?

To była jedna z najważniejszych zmian w moim życiu, przejście z analizy do czucia, z kontroli do zaufania, z głowy do serca. Przez wiele lat funkcjonowałam w świecie, w którym liczył się rozum: plan, strategia, działanie. Ale życie pokazało mi, że prawdziwa transformacja zaczyna się wtedy, gdy pozwalamy sobie poczuć, gdy zamiast analizować dlaczego, zaczynamy pytać, co to we mnie porusza. Ustawienia systemowe Berta Hellingera stały się dla mnie nie tylko metodą pracy, ale też sposobem patrzenia na świat. Dzięki nim zaczęłam widzieć więcej, nie tylko człowieka, ale całą sieć powiązań, lojalności, miłości i cierpienia, które niosą nasze systemy rodzinne. Zrozumiałam, że wiele decyzji, które podejmujemy „rozsądnie”, wcale nie prowadzi nas do spokoju, bo nie wynikają z wewnętrznej zgody, lecz z lęku, z obowiązku, z chęci udowodnienia czegoś komuś, często nieświadomie naszym rodzicom czy przodkom. Kiedy zaczęłam schodzić do serca, moje życie zwolniło, ale nabrało sensu. Decyzje stały się prostsze, bo zaczęłam słyszeć siebie. Zrozumiałam, że serce nie potrzebuje argumentów, tylko przestrzeni. Dziś nie tylko pracuję metodą ustawień systemowych, ale również jako hipnoterapeutka. Te dwie ścieżki pięknie się uzupełniają, w ustawieniach widzę system, w hipnozie dotykam indywidualnej nieświadomości. Obie metody prowadzą w to samo miejsce: do źródła, do autentycznego kontaktu z samym sobą. To, co kiedyś wydawało mi się słabością, wrażliwość, emocje, łzy, dziś stało się moją największą siłą. Bo dopiero gdy pozwalamy sobie czuć, zaczynamy naprawdę żyć. A decyzje podjęte z serca zawsze prowadzą nas tam, gdzie mamy być – nawet jeśli droga bywa kręta.

W jaki sposób łączy Pani swoje doświadczenie osobiste z rolą autorki i przewodniczki terapeutycznej? W jakim stopniu prywatne rany stają się zasobem w Pani pracy z czytelnikami i uczestnikami warsztatów?

Nie wierzę w teorię bez doświadczenia. To, co dziś nazywamy mądrością, rodzi się często z bólu, z porażek, z momentów, w których życie kazało nam się zatrzymać. Moje książki i moja praca terapeutyczna są przedłużeniem tego, kim jestem, kobiety, która sama musiała przejść przez ciemność, żeby nauczyć się widzieć światło. Moje doświadczenia osobiste, trudne relacje, utraty, samotność, próby i upadki, nie są już dziś ciężarem, lecz kompasem. Stały się mapą, dzięki której mogę prowadzić innych z autentycznością, bez oceniania i bez dystansu. Kiedy klient lub czytelnik widzi, że ja też tam byłam, że nie uczę z książek, tylko z życia, wtedy w jego oczach pojawia się zaufanie. A zaufanie jest początkiem każdej zmiany. Nie oddzielam siebie prywatnej od siebie zawodowej. Wszystko, co przeżyłam, co przepracowałam w sobie, jest częścią tego, kim jestem jako autorka, terapeutka, hipnoterapeutka i przewodniczka w procesach ustawień. Moje rany stały się moim zasobem, bo nauczyły mnie empatii, tej prawdziwej, która nie wynika z teorii, ale z doświadczenia wspólnego bólu. W pracy z ludźmi często powtarzam: nie mogę zabrać ci bólu, ale mogę iść z tobą, dopóki nie nauczysz się go nieść inaczej. I właśnie to jest dla mnie sens mojej pracy, towarzyszyć, dzielić się, inspirować. Bo jeśli moja historia może stać się dla kogoś drogowskazem, to wszystkie te rany miały sens.

Ustawienia systemowe bywają tematem kontrowersyjnym. Jak radzi sobie Pani z krytyką, sceptycyzmem, kiedy ktoś mówi, że to „zbyt ezoteryczne” albo że brakuje rygoru naukowego?

To prawda, ustawienia systemowe budzą emocje. I dobrze, bo dotykają rzeczy, których nie da się zmierzyć, zważyć ani udowodnić w laboratorium. Dotykają tego, co głęboko ludzkie, miłości, lojalności, więzi i bólu przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Nie mam potrzeby nikogo przekonywać. Każdy człowiek ma prawo do swojego tempa i swojego sposobu rozumienia świata. Dla mnie ustawienia nie są „ezoteryką”, są doświadczeniem. To spotkanie z tym, co w nas prawdziwe, często po raz pierwszy bez masek i obrony. Widziałam już tyle przemian, łez ulgi, pojednań i momentów, w których ktoś po latach mógł odetchnąć, że żadne słowa krytyki nie są w stanie tego podważyć. Zawsze powtarzam, że nie musimy wszystkiego rozumieć, by to działało. Tak jak nie rozumiemy w pełni, jak bije serce czy jak powstaje miłość, a jednak doświadczamy ich codziennie. Ustawienia działają na poziomie, którego rozum czasem nie ogarnia, ale ciało i dusza doskonale wiedzą. Oczywiście mam ogromny szacunek do nauki. Sama łączę różne metody, wiedzę psychologiczną, coaching, hipnoterapię, doświadczenie systemowe. Dla mnie kluczem jest integracja. Bo człowiek nie jest tylko umysłem ani tylko duszą, jest całością. Na krytykę patrzę dziś spokojnie. Każdy, kto kiedykolwiek przeżył głębokie ustawienie, wie, że to nie teoria. To spotkanie z prawdą – taką, przed którą nie da się uciec, ale która, jeśli ją przyjmiemy, naprawdę uwalnia.

Co według Pani decyduje o tym, czy ustawienia są prowadzone dobrze, zarówno technicznie, jak i etycznie? Co zawsze sprawdza Pani, kiedy wchodzi w sesję lub prowadzi większą grupę?

Dla mnie najważniejsze w ustawieniach jest bezpieczeństwo i szacunek, dla człowieka, dla systemu, dla historii, którą wnosi. Ustawienia to nie teatr ani spektakl emocji, ale święta przestrzeń, w której dotykamy bardzo głębokich i często bolesnych warstw życia. Dlatego odpowiedzialność prowadzącego jest ogromna. Dobrze poprowadzone ustawienie to takie, w którym terapeuta nie stawia siebie w roli „guru” czy „wszechwiedzącego przewodnika”. To osoba, która z pokorą towarzyszy procesowi, nie wchodząc w cudzą historię, nie manipulując emocjami i nie próbując „naprawiać” za klienta. W ustawieniach nie chodzi o to, by coś wymusić, ale by pozwolić, aby prawda mogła się ujawnić. Zanim wejdę w sesję, zawsze sprawdzam siebie. Moje nastawienie, emocje, wewnętrzną intencję. Pytam siebie: „Czy jestem dziś czysta w sercu? Czy jestem w służbie klienta, a nie swojego ego?”. Jeśli czuję, że coś we mnie jest poruszone, że mam za dużo emocji, nie wchodzę w proces. Bo prowadzący, który nie ma kontaktu ze sobą, nie może bezpiecznie towarzyszyć innym. Technicznie ważna jest uważność, obecność i umiejętność czytania pola, tego, co niewidzialne, ale bardzo realne. Etycznie, granice i zgoda. Nigdy nie robię niczego bez wyraźnej zgody klienta, nie otwieram tematów, na które nie jest gotowy. Zawsze dbam o to, by po ustawieniu człowiek mógł wrócić do codzienności, a nie pozostał w emocjonalnym chaosie. W grupie pilnuję, by każdy uczestnik czuł się widziany i bezpieczny. Tworzę przestrzeń, w której nie ma oceniania ani doradzania, tylko obecność i szacunek. Bo tylko wtedy może wydarzyć się coś prawdziwego. Ustawienia prowadzone z serca, w pokorze i w zgodzie z porządkiem miłości są jak delikatny dotyk, nie ranią, nie ingerują, tylko przypominają człowiekowi, kim naprawdę jest.

A co Pani zdaniem decyduje o tym, czy hipnoterapie są dobrze prowadzone?

Hipnoterapia, podobnie jak ustawienia systemowe, wymaga ogromnej odpowiedzialności. To praca na najdelikatniejszym poziomie, w przestrzeni nieświadomości człowieka, gdzie zapisane są jego emocje, wspomnienia, przekonania i programy, często z bardzo wczesnych etapów życia. Dlatego dla mnie kluczem jest bezpieczeństwo, zaufanie i czysta intencja. Dobrze poprowadzona hipnoterapia to nie manipulacja umysłem, ale spotkanie z jego mądrością. Nie chodzi o to, by „zahipnotyzować” kogoś, tylko by pomóc mu dotrzeć do własnych zasobów, które już w nim są, lecz zostały przykryte strachem, bólem czy doświadczeniami z przeszłości. Zanim wejdę w sesję, zawsze sprawdzam siebie, swój stan emocjonalny, energię, gotowość do uważnego towarzyszenia. Pytam siebie: „Czy jestem dziś w pełni obecna? Czy mogę być lustrem, a nie projekcją?”. Tylko wtedy mogę naprawdę być w służbie drugiego człowieka. Etyka w hipnoterapii jest dla mnie absolutnym fundamentem. Nigdy nie ingeruję w obszary, na które klient nie wyraził zgody. Nie „programuję” i nie „naprawiam” nikogo, pomagam mu wrócić do kontaktu z samym sobą. Uważam, że terapeuta nie powinien kierować procesem z pozycji „wiedzącego”, lecz z pozycji przewodnika, który z szacunkiem towarzyszy w odkrywaniu prawdy klienta. Technicznie ważna jest świadomość procesów, umiejętność odczytywania sygnałów z ciała i emocji, subtelna praca z głosem i rytmem oddechu, a także głęboka empatia i spokój. Hipnoterapia wymaga obecności, ciszy i przestrzeni, nie pośpiechu. Zawsze przypominam, że hipnoza to nie stan „utraty kontroli”, ale właśnie powrotu do niej, do wewnętrznego porządku, do spokoju, do siebie. Dobrze poprowadzona hipnoterapia kończy się nie tylko wglądem, ale poczuciem lekkości i większej wolności w ciele i w sercu. I właśnie o to chodzi, żeby człowiek po sesji czuł, że wraca do siebie.

Pani działalność w Fundacji TERAZ pokazuje, że transformacja to nie tylko praca nad sobą, ale także konkretne działania w społeczności. Co najbardziej motywuje Panią do działań z drugim człowiekiem i jakie historie z tej pracy najbardziej Panią poruszają?

Dla mnie rozwój i transformacja nigdy nie kończą się na jednostce. Głęboko wierzę, że prawdziwa zmiana zaczyna się w nas, ale jej sens objawia się wtedy, gdy przekładamy ją na działanie, gdy zaczynamy zmieniać świat wokół siebie, krok po kroku, człowiek po człowieku. W Fundacji TERAZ, którą stworzyłam z potrzeby serca, łączymy te dwa światy, rozwój osobisty i społeczne działanie. Pracujemy z osobami bezrobotnymi, wykluczonymi, zagrożonymi wykluczeniem społecznym, a także z osobami w kryzysie bezdomności. Pomagamy im odzyskać wiarę w siebie, uwierzyć, że mają wartość, że zasługują na drugą szansę. Największą dumą i zarazem moją osobistą misją jest Centrum Integracji Społecznej, które prowadzimy w ramach Fundacji TERAZ i którego jestem kierownikiem. To miejsce niezwykłe, nie tylko instytucja, ale przestrzeń spotkania, zrozumienia i odbudowy. Widziałam już setki osób, które przyszły do nas z brakiem nadziei, a po kilku miesiącach zaczynały się uśmiechać, podejmowały pracę, wracały do rodzin, do życia. Każda taka historia to dowód, że warto. Poruszają mnie momenty, gdy ktoś, kto kiedyś nie wierzył już w nic, mówi: „Dziękuję, że mnie Pani nie skreśliła”. Te słowa są dla mnie największą nagrodą i przypomnieniem, że każdy człowiek ma w sobie potencjał dobra, trzeba tylko stworzyć mu warunki, by mógł go zobaczyć. W fundacji działam z ogromnym zaangażowaniem, bo wiem, że za każdym „projektem” stoi człowiek, z jego bólem, historią, marzeniem. I choć nasza praca bywa trudna, często obciążająca emocjonalnie, to jest też głęboko sensowna. Motywuje mnie świadomość, że możemy realnie wpływać na życie innych. Że możemy być mostem między tym, co było, a tym, co dopiero może się wydarzyć. Bo kiedy człowiek odzyskuje poczucie wartości, zaczyna zmieniać nie tylko siebie, ale cały swój świat

Jaka jest największa przeszkoda, z którą spotyka się Pani, prowadząc działania społeczne: finansowa, organizacyjna, mentalna? I co pomaga je przekraczać?

Największą przeszkodą, z jaką mierzymy się w codziennej pracy Fundacji TERAZ, są zdecydowanie trudności finansowe. Działania społeczne wymagają ogromnego zaangażowania, serca i czasu, ale bez środków trudno jest realizować nawet najpiękniejsze pomysły. Często brakuje nam funduszy na organizację warsztatów, szkoleń czy zajęć rozwojowych dla naszych podopiecznych, ludzi, którzy najbardziej tego potrzebują, a jednocześnie najmniej mogą sobie na to pozwolić. Na szczęście nauczyłam się, że w tej pracy nic nie jest niemożliwe. Gdy jedna droga się zamyka, szukamy innej. Radzimy sobie dzięki projektom unijnym, które pozwalają nam finansować część działań i dają realną szansę na aktywizację osób wykluczonych i bezrobotnych. Ogromnym wsparciem są też darczyńcy i partnerzy, którzy pomagają nam z serca, organizując bezpłatne szkolenia, udostępniając przestrzeń czy przekazując środki finansowe, dzięki którym możemy dalej działać. Każda taka pomoc to dla nas dowód, że dobro naprawdę wraca. Oczywiście, pojawiają się też przeszkody organizacyjne i mentalne, czasem trzeba zmierzyć się z biurokracją, z brakiem zrozumienia, z przekonaniem, że „i tak się nie da”. Ale wtedy przypominam sobie, po co to wszystko robię, dla ludzi, którzy potrzebują drugiej szansy. Pomaga mi wiara w sens tego, co robię i zespół ludzi, którzy myślą podobnie. Wierzę, że jeśli działamy z czystą intencją i sercem, to zawsze znajdzie się sposób, by iść dalej. Może nie zawsze łatwo, ale zawsze w zgodzie z tym, co ważne. Każdy sukces naszej fundacji, każda osoba, która odzyskała wiarę w siebie, jest dla mnie potwierdzeniem, że nawet jeśli brakuje pieniędzy, nigdy nie brakuje serca, determinacji i sensu.

Kiedy patrzy Pani w przyszłość, co chciałaby Pani zobaczyć jako efekt swojej pracy literackiej, terapeutycznej i społecznej za 5–10 lat?

Kiedy myślę o przyszłości, widzę świat, w którym coraz więcej ludzi żyje w zgodzie ze sobą, z sercem, z emocjami, z własną prawdą. Marzę, by moja praca, czy to poprzez książki, sesje terapeutyczne, czy działania Fundacji TERAZ, była małym kamieniem, który porusza lawinę dobra, odwagi i świadomości. Za kilka lat chciałabym widzieć wokół siebie ludzi, którzy odnaleźli sens i spokój, którzy potrafią mówić o swoich emocjach bez wstydu, którzy nie uciekają od trudnych doświadczeń, ale potrafią zamieniać je w siłę. Jako autorka marzę, by moje książki nadal dotykały serc. By ktoś, kto po nie sięga, czuł, że nie jest sam, że może zacząć od nowa, że jego historia też ma wartość. Jako terapeutka i hipnoterapeutka chciałabym, by coraz więcej osób odważyło się zajrzeć do swojego wnętrza i odkryć, że uzdrowienie nie jest czymś zewnętrznym, ale procesem powrotu do siebie. A jako współtwórca Fundacji TERAZ marzę, byśmy dalej mogli rozwijać nasze Centra Integracji Społecznej, by powstawały nowe miejsca, nowe Centra w innych miastach, gdzie człowiek może nie tylko nauczyć się zawodu, ale też odzyskać poczucie własnej wartości. Chciałabym, żeby fundacja była symbolem realnej zmiany, dowodem, że można połączyć serce z działaniem, terapię z aktywizacją, a empatię z profesjonalizmem. Za dziesięć lat chciałabym zobaczyć wokół siebie ludzi, którzy kiedyś przyszli do nas po pomoc, a dziś sami pomagają innym. To byłby najpiękniejszy efekt mojej pracy, krąg dobra, który się poszerza. Bo w gruncie rzeczy marzę o jednym: żeby po mojej obecności w tym świecie zostało coś więcej niż słowa, ślad w sercach ludzi, których życie choć odrobinę stało się lepsze.

Jak dba Pani o siebie, żeby nie wypalić się emocjonalnie, skoro praca z traumą, własną i cudzą, bywa bardzo wymagająca?

To prawda, praca z ludzkim bólem, emocjami i historiami nie jest łatwa. Każde spotkanie, każda sesja czy warsztat to wejście w bardzo intymny świat drugiego człowieka. I choć to ogromny zaszczyt, to też odpowiedzialność. Dlatego nauczyłam się, że jeśli chcę dawać innym, muszę najpierw dbać o siebie. Kiedyś byłam w ciągłym biegu, chciałam pomóc wszystkim, zapominając, że ja też jestem człowiekiem. Dziś wiem, że moja skuteczność i empatia zależą od mojej równowagi. Dlatego regularnie pracuję nad sobą, korzystam z superwizji, terapii własnej, ustawień, a także praktykuję medytację i różne techniki oddechowe. To mój sposób na oczyszczanie przestrzeni wewnętrznej po spotkaniach z trudnymi emocjami. Uczę się też odpuszczać, nie brać na siebie odpowiedzialności za czyjś proces. Każdy człowiek ma swoją drogę, a moją rolą jest towarzyszyć, nie zbawiać. Ta świadomość daje ogromny spokój. Bardzo dbam o kontakt z naturą – cisza, las, morze, podróże, czas spędzony w Bułgarii, która stała się moim drugim domem. Tam naprawdę potrafię odetchnąć, napełnić się słońcem i lekkością. To właśnie tam przypominam sobie, że życie nie składa się tylko z pracy i odpowiedzialności, ale też z przyjemności, bliskości i wdzięczności. Otaczam się też ludźmi, którzy mnie wspierają, rodziną, przyjaciółmi, moim zespołem. Wspólne rozmowy, śmiech, ciepło codziennych gestów, to wszystko mnie regeneruje. Przede wszystkim jednak codziennie wracam do serca. Bo jeśli jestem z nim w kontakcie, to nawet największy ciężar nie staje się zbyt duży. Wypalenie pojawia się wtedy, gdy odcinamy się od źródła, a moim źródłem jest miłość do tego, co robię, i głęboka wiara, że ta praca ma sens.

 

 

Rozmawiała: Justyna Nakonieczna

 

Zdjęcia: własność prywatna 

Show Buttons
Hide Buttons